FANDOM


Nie były to może najpiękniejsze pierwsze słowa, jakie Percy mógł od niej usłyszeć, ale ich niecodzienność sprawiała, że nawet po tylu latach, uśmiech wciąż wkradał mu się na usta. "Ślinisz się przez sen" to właśnie usłyszał od Annabeth po raz pierwszy i nie było w tym zupełnie nic godnego zapamiętania, żadnych uroczych kontekstów, czy odrobiny romantyzmu. Mimo tego nie zmieniłby tych pierwszych słów na żadne inne, nawet jeżeli miałoby to być "kocham cię" wypowiedziane, gdy tylko otworzył oczy tego dnia. Jej temperament, upartość, ta niepowtarzalna pewność siebie, dzięki cudownej inteligencji i jej planom dopiętym na ostatni guzik wszystko wstawało się niesamowite... To w niej widział i właśnie to kochał najbardziej, więc jej wady całkowicie znikały, zmieniając się w zabawne wspomnienia, w których jej perfekcja nieco znikała. Perfekcja nigdy nie była dla niego najważniejsza, nie po tym, gdy zobaczył tyle wad u bogów, którzy przecież powinni być nieskazitelni.

Może to właśnie brak perfekcji cenił w niej najbardziej? Tego nie mógł sobie przypomnieć. Spędzili ze sobą już tyle lat, że doceniał w Annabeth dosłownie wszystko, co pozytywne. Jej piękno, jej twarz, włosy i oczy, ten cudowny uśmiech, którym nie zapominała go obdarzyć każdego ranka, gdy miał szczęście budzić się obok niej przez ostatnie czterdzieści lat. Od niedawna zaczął doceniać w niej już wszystko, w tym wady, to jak złościła się na niego, czasami bez powodu, tęsknił za jej krzykiem, choć jej wysoki głos drapał go w uszy, a do tego była taka przemądrzała. Teraz już nie usłyszy, jak Ann poprawia go za drobne błędy, nigdy nie powie mu, jak błahe są jego niedociągnięcia, które popełniał i że ich w ogóle nie powinno być. Nigdy go już nie zdenerwuje i nigdy więcej Percy nie będzie miał okazji do oglądania jej uśmiechu. Teraz wstaje samotnie, zwlekając się z łóżka, jakby kolejny dzień był dla niego tylko zmorą istnienia. Oddałby wszystko, byleby móc jeszcze raz usłyszeć, jak Annabeth Jackson nazywa go glonomóżdżkiem, tym infantylnym przezwiskiem, które wymyśliła dla niego prawie pół wieku temu.

Mówią, że człowiek nie docenia tego, czego nie utracił, a doceniać zaczyna dopiero wtedy, gdy to bezpowrotnie zniknie. Percy zupełnie się z tym nie zgadzał, doceniał swoją żonę z całego serca, przez cały czas, a teraz, gdy jej przy nim nie było, wariował z tęsknoty. Jak mogła go zostawić? Czy nie spodziewała się w jakim on będzie stanie, gdy tylko nie będzie jej obok? Zawsze wtedy wariował, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić, a przecież wcześniej wiedział, że ona na pewno wróci. Polegał na niej w każdym aspekcie, a serce go bolało, wiedząc, że nie tylko jego zostawiła... Właśnie dlatego Percy musiał być silny, dumnie przeżywać każdy dzień, choć jego czarny garnitur od razu pokazywał, jak wielką czuł rozpacz. Herosom nigdy nie było dane żyć długo i szczęśliwie, choć te ponad pięćdziesiąt lat, które mieli szczęście spędzić ze sobą, to było nawet więcej, niż mógłby sobie wymarzyć, biorąc pod uwagę ich wspólną historię. Mógłby jeszcze raz przejść cały Tartar, zmagać się z potworami dawnych lat, byleby Ann wciąż przy nim była. Wiedział na pewno, że nie było jej w Tartarze, więc schodzenie tam nie miało żadnego sensu, a będąc sam i tak nie dałby rady w nim przetrwać.

Annabeth odeszła i czekała na niego w Elizjum, jeszcze się zobaczą. Tylko to pozwalało myślom Percy'ego odpocząć, nawet jeżeli odpoczynek miał trwać jedynie przez krótką chwilę. Zapiął białą koszulę, strzepał kurz z czarnego garnituru i chwycił za klamkę, której nie mógł nacisnąć, bo jego dłoń trzęsła się zbyt mocno. Cofnął się w głąb pokoju i uklęknął na ziemi. Przecież to wszystko nie miało sensu, bez niej się nie liczył, już nie potrafił walczyć. Percy czuł się tak, jakby cały świat chciał go zaatakować, bał się, nie miał czego się bać, a jednak wszechogarniający lęk ogarnął go całego. Czuł się obserwowany i słaby. Sięgnął do kieszeni i zacisnął dłoń na długopisie, którego jeszcze chwilę wcześniej tam nie było. Zawsze tak robił, gdy się bał, był to jego odruch, to pozwalało mu się czuć bezpieczniej. Spojrzał na okno, z którego promienie słońca wpadały, przebijając się przez żaluzje. Dlaczego pogoda była tak radosna, podczas gdy on czuł się przybity? Kciukiem zepchnął nakrętkę z długopisu, która odskoczyła, turlając się gdzieś w kąt, a prozaiczny przedmiot w jego ręce zmienił się w miecz.

Orkan szalał, kierowany dłońmi Perseusza, w pełni ukazując, dlaczego zasłużył sobie na swoją nazwę. Przez pokój przeszedł sztorm, kierowany złością i smutkiem, a trwał tak długo, aż każdy najdrobniejszy przedmiot nie znalazł się na ziemi, kompletnie zniszczony z winy ludzkich emocji. To jednak nie zmieniło faktu, że słońce za oknem wciąż świeciło, ciesząc oczy w pełni nieświadomych ludzi, ogarniętych prostą codziennością. Percy wyszedł z domu, jego ręce już więcej się nie trzęsły, a siła buzowała w nim, jakby znowu miał tylko siedemnaście lat. Wybiegł za zewnątrz i popatrzył w niebo, na którym nie mógł dostrzec nawet jednej chmurki.

— Żartujesz sobie ze mnie? — krzyczał na niebo, nie przejmując się tym, że mógł skupiać na sobie uwagę sąsiadów. Niech patrzą, to było nieistotne, mogli odkryć, że Jackson był herosem, to nie miało przecież najmniejszego znaczenia. Mogli go posądzić nawet o bycie diabłem, to i tak nie zwróciłoby na nich jego uwagi. — Słońce nie ma prawa świecić, gdy jej tu nie ma — nie przerywał krzyków w przestrzeń, ale nic się nie działo, żadne słowa nie pomagały. — Zeusie! — wykrzyczał jeszcze, wciąż nie otrzymując znaku.

To sprawiło, że wściekł się jeszcze bardziej, a z jego gardła wydostał się krzyk, ale już bez żadnych słów. Wtedy niebo poszarzało, a ciemne chmury zaczęły przysłaniać to felerne słońce, jakby i Zeus chciał ukarać Heliosa za to, że słońce psuło humor jego bratanka. Po chwili zaczął padać deszcz, z początku drobny, ale z każdą kroplą coraz cięższy i gęstszy, przyprawiając garnitur Percy'ego o jeszcze głębszą czerń. Był synem Posejdona, więc woda nie powinna mu nic robić, ale mężczyzna pozwolił jej chlapać go swoimi drobinkami, bo chciał poczuć, jak razem ze łzami deszcz spływa mu po twarzy  mieszając się że łzami. Głośne uderzenie gromu zabrało ze sobą złość Percy'ego, pozwolił, by to burza wyładowała złą energię za niego.

— Tato? — usłyszał za sobą głos chłopaka o czarnych jak heban włosach i oczach równie szarych, co burzowe niebo tuż nad ich głowami.

Chłopak musiał przejść przez cały dom i pokój ojca, by móc przedostać się do ogrodu, gdzie odnalazł człowieka, po którego przyjechał, by móc odwieźć go na cmentarz. Percy spojrzał na syna, który całkiem niedawno skończył dwadzieścia dwa lata i ledwo co zdążył zakochać się, czując tę szczenięcą miłość, której ojciec tak bardzo mu zazdrościł. Nie miał jeszcze żadnych wnuków, nie spodziewał ich się zbyt szybko, a na samą myśl, że Annabeth nigdy nie będzie miała szczęścia wziąć żadnego z nich na ręce, łzy popłynęły po jego twarzy ze zdwojoną siłą. Chłopak podszedł do ojca i objął go rękami, nie zdając sobie sprawy, jak okropnie ten musiał się czuć. To nie było coś, co łatwo można sobie wyobrazić. Percy'emu było wstyd, że rozpaczał w ramionach własnego dziecka, ale nie potrafił już dłużej zgrywać silnego. Chłopak widział to inaczej, w jego oczach tata był niezwykle silny, przez sam fakt, że wciąż tam był. Za wszystko, co zrobił, za to, jak cudownymi byli rodzicami i on i Annabeth, chciał mu się odwdzięczyć i nareszcie miał okazję.

— Pamiętam, jak miałem cztery lata i z mamą zabraliście mnie do zoo. Mama krzyknęła na widok tarantuli, a ja zacząłem panikować ze strachu. Nie widziałem szkła, za którym trzymany był potwór i nie mogłem się uspokoić. Strach tak bardzo mnie paraliżował — zaczął opowiadać, skupiając na sobie całą uwagę ojca. — Stanąłeś wtedy nade mną i powiedziałeś, że nie mam się czego bać, bo zawsze mnie obronisz. Wiem, że boisz się o to, jak będzie wyglądać bez niej nasza przyszłość, ale pamiętaj, że nie będziesz sam. Co by się nie stało, wiem, że mogę na ciebie liczyć i chcę, żebyś wiedział, że ty na mnie też.

— Chyba masz rację. — Percy uśmiechnął się do syna. — Masz po Annabeth wszystko, co najlepsze — mówił starszy Jackson, nie mogąc wyjść z podziwu, że miał to szczęście wychować tak wspaniałe dziecko. — Gdyby cię teraz słyszała, byłaby niezwykle dumna. — Niebo nagle zaczęło się rozjaśniać, zabierając ze sobą burzę, tak szybko, jak pozwoliło jej się na nim pojawić, a uśmiech niedowierzania pojawił się na twarzy Percy'ego. — Widać Zeus ma dzisiaj ochotę na żarty.

— Wydaje mi się, że to jednak mama. Słyszała i jest dumna.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.